.

.

25 stycznia 2015

Rozdział 1

Wchodzę do Zakątka i od razu się uśmiecham. Jest sobotni wieczór, a tu jak nigdy mały ruch. Nie często mam takie szczęście na mojej zmianie. Przyglądam się temu miejscu i czuję nadzieje na to, ze ten dzień jednak nie będzie aż tak beznadziejny.

Przechodzę między ciemnymi okrągłymi stolikami, na których leżą białe wazoniki ze świeżymi różami. Pachnie tu kawą i kwiatami. Spoglądam w stronę boksów i widzę tylko dwie niewielkie grupki nastolatków.

W boksie na samym końcu widzę laptopa, więc pewnie też ktoś tam jest.

Podchodzę do lady i widzę jak Lili macha mi wesoło na powitanie. Jest uroczym rudzielcem z milionem piegów na twarzy i wielkimi zielonymi oczami. Pracuje to tak jak jak. Ma na sobie biały fartuszek i  czarny kapelusik z białą kokardką wpięty we włosy na czubku głowy. Standardowy strój personelu Zakątka.

- No nareszcie! Już nie mogłam się doczekać! - śmieje się do mnie i ściąga ozdobę z włosów.

- Coś ty taka wesoła co? - pytam siadając na stołku barowym i kładąc mój zniszczony plecak na drewnianą podłogę.

- John zaprosił mnie dzisiaj na randkę! - mówi, a ja widzę szczęście z niej emanujące.

Od roku się w nim kocha, a on jak na razie zdawał się tego nie zauważać.

- Dobra dobra. To wspaniale. Dawaj fartuch i zmykaj. - mówię posyłając jej szczery uśmiech i podnosząc plecak. Wskakuję przez drzwiczki za bar i wchodzę na zaplecze.

Lili dziękuje mi mocno mnie przytulając i już po chwili jej nie ma. Podchodzę do mojej szafki i wyciągam z niej strój. Zawiązuję fartuch wokół bioder i spoglądam w lusterko. Sięgam do starego piórnika z myszą Miki, którego używam jako kosmetyczki po czarną kredkę do oczu. Maluję delikatnie linie na górnych powiekach i zaczerniam nieco brwi. W pracy pozwalam sobie na tą odrobinę "normalności", w szkole staram się nie malować. Przyglądam się swojej twarzy.

Jest szczupła i bardzo jasna, jak u mojej mamy. Ponoć gdy była w moim wieku wyglądała zupełnie jak ja.

Mam jej bladoniebieskie oczy wraz z ich ciemną oprawą. Jedyne co nas rożni to to, że ona nie żyje. Umarła przy porodzie.

Zaciskam niewielkie wargi i odtrącam te myśli. To w końcu świetny dzień!

Wpinam kapelusik we włosy barwy czekolady i uśmiecham lekko.

Cieszę się, że ubrałam dziś krótkie, czarne spodenki i zwiewną bluzkę. Jest gorąco. Okropnie gorąco.
 Zrzucam zniszczone baleriny i wkładam równie stare czarne trampki.

Wkładam resztę rzeczy do szafki i pośpiesznie opuszczam niewielkie zaplecze.

Gdy tylko opieram się lekko o blat podchodzi do mnie wysoka dziewczyna? Kobieta? Trudno określić wiek, bo ubrana jest cała na czarno. Skórzana ołówkowa spódnica wygląda na drogą, podobnie jak jej koronkowa bluzka zapinana na perłowe guziki. Na rękach założonych na piersiach widać wiele rzemieni, bransoletek i staromodny zegarek. Jednak to jej twarz sprawia, że nie do końca pasuje do tego miejsca.
Czarne duże usta i bardzo mocno pomalowane oczy o barwie nocy spoglądają na mnie groźnie. Długie czarne włosy, proste jak struna z przedziałkiem na środku odejmują jej lat. Jednak jestem pewna, że ma około 20 lat.

- Nareszcie! Od dziesięciu minut czekam na moją kawę! - warczy dziewczyna.

Spoglądam na nią zdziwiona i od razu czuję skruchę.

- Przepraszam panią. Dopiero przyszłam na moją zmianę. Poprzedniczka nie powiadomiła mnie o pani zamówieniu. Proszę wybaczyć. Już zajmuję się pani zamówieniem. - mówię spoglądając nieco w dół. Nie chce wpakować się w kłopoty z klientami. Szczególnie, że potrzebuję tej pracy.

- Przynieś mi mocną czarną kawę bez cukru. W kubku, nie w filiżance zrozumiano? - mówi, ale w jej głosie nie słychać już takiego gniewu.

- Oczywiście. Za sekundę ją pani przyniosę. - odpowiadam podnoszą na nią wzrok i lekko się uśmiechając.

Jej jednak już nie ma. Wzdycham ciężko. Włączam ekspres do kawy i sięgam do lady po kubek. Wybieram największy jaki jest. Czarny w białe kropeczki. Podstawiam go pod maszynę.

Ta klientka była na prawdę zła... Przeprosiny przeprosinami, ale może powinnam coś jeszcze zrobić? Spoglądam do chłodziarki sprawdzając stan ciast. Sięgam do kieszeni i wyciągam ostatnie pieniądze jakie mi zostały. Trzy dolary...

Po krótkim namyśle wyciągam najtańszy kawałek i płacę za niego z własnej kieszeni. Ustawiam go na tacy wraz z łyżeczką i kubkiem gorącego napoju. Przechodzę na drugą stronę blatu i zanoszę tacę w drugą część sali.

Kobieta siedzi w ostatnim boksie tak jak przypuszczałam i przegląda coś w laptopie. Ruszam w jej stronę i słyszę dzwonek w drzwiach. Kolejni klienci. Zatrzymuję się przy stoliku i stawiam na nim talerzyk wraz z łyżeczką. Sięgam po kubek mówiąc:

- Pani kawa. Mocna, ciemna bez cukru tak jak pani prosiła.

- Postaw ją. - mówi nawet nie zwracając uwagi na ciasto.

Nagle słyszę męski krzyk i śmiech.

 Tylko nie oni! Nie dziś! 

- Patrzcie! To ta świruska! Za ile mi obciągniesz złotko?!

Wrzący napój wylewa się nieco z kubka, gdy moja ręka o mało go nie puszcza. Klientka wydaje z siebie zduszony jęk i patrzy na mnie. Co dziwne nie wydaje się zła. Raczej widzę w jej ciemnych oczach zrozumienie.

Słychać gwizdy i wyzwiska kierowane w moją stronę. Wiem nawet dokładnie kto to jest. Moniqe, Lara i Olivie wraz z ich nieodłącznymi futbolistami. Trevorem i Zackiem.

- Nie przejmuj się rozlaną kawą. Każdemu się zdarza. Szczególnie w obliczu takiego traktowania. - mówi i zabiera mi naczynie z rąk.

Czuję łzy pieczące moje oczy. Powstrzymuję je jednak.

- Najmocniej panią przepraszam ja... Za sekundę to wytrę, dobrze? - mówię starając się zachować opanowany głos.

- Jasne. Spokojnie. - mówi i wraca do komputera.

Biorę głęboki oddech. Kieruję się w stronę baru starając się ignorować nowych klientów chociaż wiem, że długo nie zdołam ich unikać, jeżeli chcę zachować posadę.

Sięgam za ladę po ręczniki papierowe i zostaję brutalnie dociśnięta do baru. Czuję czyjeś łapska na moich piersiach i mocny nacisk na pośladkach. Próbuje się odwrócić ale nie jest to łatwe. Mój napastnik jej silny. Słyszę głośne śmiechy cheerleaderek i dopingi Zacka.

- Co jest suko? Przecież to lubisz co? - słyszę w uchu śmiech Trevora.

Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że nastolatków już tu nie ma. Jestem tu sama z tą znienawidzoną prze mnie grupą osób.

Próbuje się jakoś wydostać z jego uścisku, ale jestem za słaba. Nie powstrzymuje już łez. Nie zamierzam krzyczeć, bo wiem, że tego chcą. Pośmiewiska ze słabej osoby. Gdybym się broniła mieli by więcej zabawy.

Pozwalam by ściskał moje piersi i udawał, że bierze mnie od tyłu.

Zamykam oczy nie mogą znieść upokorzenia.

Cały czas dopingują go jego znajomi.

Ból w moim sercu jest nie do zniesienia.

- Zostaw ją. - cichy, opanowany głos pełen groźby wybija się spośród zadowolonych dopingów Monicq i Lary.

Ciarki przechodzą moje ciało. Otwieram lekko powieki i widzę tą samą kobietę, która posłała mi dziś wściekłe spojrzenie.

Z rękami założonymi jak wtedy na piersiach, stoi kilka kroków od nas. Jej twarz nie wyraża emocji. Jednak coś w niej mówi mi, że należy się jej bać. I to czuję. Strach.

Trevor jednak nie zdaje się tak myśleć. Zostawia mnie i podchodzi wolno do niej.

- Czy ty coś przed chwilą powiedziałaś dziewczynko? - jego głos jest pełen niedowierzania.

- Powiedziałam, żebyś ją zostawił. Tak fajnie jest być odważnym facetem kiedy wykorzystuje się kogoś słabszego? Może byś tak atakował równych sobie co? - mówi, a mnie zapiera dech w piersi. Ona próbowała ją ratować!

Śmiechy dziewczyn i Zacka wypełniają kawiarnie. Mimo odwagi nieznajomej nie miała ona szans w porównaniu z barczystym zawodnikiem. A on na pewno nie będzie zwracał na to uwagi. Obraziła go. Oni tego nie lubią.

- Patrzcie! Mała pchła mi podskakuje! Co mam z nią zrobić co? - pyta podchodząc do niej o krok.

I wtedy dzieje się coś czego nie rozumiem. Słyszę męski krzyk bólu i w następnej sekundzie widzę jak mój były napastnik leży twarzą do ziemi z wykręconymi do tyłu rekami. A na nim siedzi ta przedziwna kobieta ubrana na czarno. Przyciska się do jego twarzy i zdaje się, że coś do niego mówi, ale nie mogę usłyszeć co.

Jego oczy robią się wielkie jak spodki od herbaty.

Czarnowłosa wstaje z niego i otrzepuje się z niewidzialnego kurzu. Patrzy na towarzyszy poległego, a jej ostry głos przecina powietrze jak brzytwa.

- Wynoście się stąd. I żebym was tu więcej śmiecie nie widziała, bo skończy się to inaczej niż na obitej twarzy i piachu w skórze.

I nagle wszyscy zrywają się z miejsc, pośpiesznie zbierając Trevora z ziemi i wybiegają na zewnątrz. W półmrok.

Czy to stało się naprawdę?

Patrzę przerażona na moją wybawczynię. I wtedy nasz wzrok się krzyżuje. Czarne oczy są pełne gniewu, agresji i czegoś co sprawiło, że przeszedł mnie dreszcz. Chęć mordu. Lód. Strach ogarnia mnie mocniej niż wcześniej.

Jednak gdy się odzywa to wszystko zdaje się być zastąpione zwykłą obojętnością.

- Wszystko dobrze? Nie zrobił ci krzywdy? Możesz się ruszyć? - pyta podchodząc do mnie.

Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że w czasie całej tej akcji nie poruszyłam się ani razu. Kiwam lekko głową na znak, że jest ok chociaż wiele mnie to kosztuje. Jej oczy tak blisko mnie paraliżują moje ciało.

Podchodzi jeszcze o krok i podnosi moją twarz do góry. Spogląda mi głęboko w oczy i lekko się uśmiecha.

Nagle nie potrafię się ruszyć.

- Dziękuję za pomoc... Gdyby nie pani... - gdy z moich ust pada ostatnie słowo lekko się krzywi.

- Następnym razem uderz go łokciem w bok z całej siły. - szepcze cicho.

Co się ze mną dzieje? O co tu chodzi?

Czuję żar pochodzący z jej ciała. Miejsce, w którym trzyma mój podbródek zdaje się lekko palić. Oddech zatrzymuje się w moich płucach. Przygryza lekko czarną wargę i przygląda mi się. Mam wrażenie, że minęła wieczność.

- Ja... Powinnam już pójść... - szepczę odwracając lekko wzrok w bok.

I nagle jej usta nakrywają moje.

Są pełne żaru i czegoś czego nie potrafię nazwać.

Wyszarpuję się z jej ramion i uderzam ją mocno w twarz, po czym wbiegam przerażona do zaplecza zamykając za sobą pośpiesznie drzwi.

Co to było?!

Próbuję uspokoić oddech, ale jest to trudne. Udaje mi się to po kilku minutach. Z myślami jest gorzej. Wszystko mi się pląta. Czuję żar jej pocałunku na ustach. Pośpiesznie ścieram je ręką wraz z pozostałościami jej ciemnej szminki.

Boże! Co to było?!

Nie wiem ile czasu spędziłam w zamknięciu. Może pół godziny. Powinnam już zamknąć lokal.

Wstaję z podłogi z bijącym szybko sercem i wychodzę z pomieszczenia. Na drzwiach tabliczka odwrócona jest na "Zamknięte". Ze strachem podążam do ostatniego boksu. Jest pusty. Na stoliku leży koperta, pusty kubek i czysty talerzyk.

Drżącymi dłońmi sięgam po kopertę i wyciągam z niej kawałek papieru i banknot stu dolarowy. Rozginam kartkę i spoglądam na piękne, czarne pismo.

Dziękuję, za ciasto. Było pyszne. Nie przejmuj się tamtymi oprychami. Powinni ci dać spokój. Resztę zachowaj jako napiwek.
Zgniatam kartkę i chowam ja do kieszeni spodni.

Szybko zamykam lokal i wychodzę w noc, pędząc do domu z bijącym głośno sercem.

1 komentarz:

  1. ze co?? kim byla ta laska? czyzby nieustraszona Lady? nawiasem podoba mi sie twoj styl, jest poprawny i bardzo obrazowy;))
    www.czarnekrolestwo.blog.pl

    OdpowiedzUsuń