- Idiota! - krzyczę rzucając poduszką w bruneta, a ten łapie ją w locie i ciska nią we mnie z całej siły.
Zginam się wpół po części ze śmiechu, po części z bólu. Zmęczona opadam na kanapę, unosząc ręce do góry w poddańczym geście.
- Poddaję się! - śmieję się.
- O tak! Wygrałem! Mówiłem, że przegrasz! Achaa! Jestem najlepszy, tak! Walker mistrzem świata! - drze się jak wariat, skacząc wokół i wymachując poduszką.
Udając zdegustowaną, kiwam głową i sięgam po butelkę z wodą. Biorę łyk i odchylam głowę do tyłu. Max już po chwili siedzi obok mnie, rozwalony na większej części sofy. Spoglądam na niego kątem oka i widzę, że się uśmiecha. Sięga po pilota i zmienia kanał.
Jest po trzeciej, a my prawie cały dzień spędziliśmy przechodząc między kuchnią, a telewizorem. Miałam dzisiaj wolne, jedynie po szesnastej mieliśmy jechać do Zakątka, bo pani Oliver zarządziła, że wypłata będzie wcześniej.
Cara nie odzywała się od wczoraj, co mnie martwiło. Owszem wiem, że pracuje, ale... Ale po naszej wczorajszej rozmowie, myślałam... Miałam nadzieję, że się odezwie. Wzdycham głęboko i pociągam kolejny łyk wody.
- O czym myślisz?
- O niczym ważnym. Chyba pójdę do pokoju się przygotować. - mówię wstając.
Max rzuca mi spojrzenie mówiące "kobiety, kto was zrozumie?" i już po chwili zagłębia się znów w program.
Idę na górę, wchodzę do pokoju po czyste brania, by już po chwili być w łazience. Postanawiam wziąć szybki prysznic. Letnia woda budzi mnie, skutecznie kojąc nerwy. Zamykam oczy wycierając włosy i sięgam po drugi ręcznik. Ocieram ciało z wody, gdy nagle mój nowy telefon zaczyna wibrować. Zdziwiona zawijam się w materiał i powoli odbieram rozmowę.
- Jak tam mija dzień? - jej wesoły głos przyprawia mnie o dreszcze.
- Całkiem miło i leniwo. A tam? - pytam opierając się o pralkę.
- Nie jest łatwo, ale jakoś daję radę. Mam nadzieję, że szybko skończę. Co robisz Rosie?
Przygryzam lekko wargę. Nikt mnie tak nigdy nie nazywał... A do tego to pytanie... Nagle w mojej głowie pojawia się pewna myśl, którą postanawiam zrealizować.
- Jestem w łazience, tyle co wyszłam spod prysznica. - mówię jakby nigdy nic.
Słyszę jak wdycha głośno powietrze.
- Naprawdę?
- Na potwierdzenie mogę odkręcić wodę jak chcesz. Cholera! - krzyczę do telefonu przystępując z nogi na nogę.
- Co jest? - jej głos wydaje się zaniepokojony.
- Nic wielkiego, tylko ręcznik mi spadł musiałam się nim znowu owinąć. - odpowiadam, pilnując się, by nie parsknąć śmiechem. Chce ją podpuścić.
I chyba mi się udaje, bo znów słyszę ten charakterystyczny dźwięk wciąganego powietrza.
- Czy ty mnie podpuszczasz Rose?
- Nie. A co? - uśmiecham się szeroko, próbując wyobrazić sobie jej minę.
- Przebywanie z Maxem źle na ciebie wpływa. Ujawniają się w tobie same drapieżne cechy.
- Czy to źle?
- Uwielbiam cię delikatną... - jej cichy głos przyprawia mnie o dreszcze na całym ciele.
- Caro...?
- Tak Rose?
- Wróć szybko...
- Staram się kochanie...
- To miłe. - przyznaję cicho.
- Co?
- To, że się starasz. I to, że tak na mnie mówisz. - tłumaczę rozprostowując ubrania na pralce.
- Staram się, żeby było ci dobrze. Muszę kończyć. Za chwilę mam kolejne spotkanie.
- Powodzenia Caro. - mówię lekko się uśmiechając. - Pokaż mi jaka niezwyciężona w swoim fachu.
Odpowiada mi jej perlisty śmiech.
- Postaram się Rosie. Pa kochanie. - mówi i rozłącza się.
Odkładam telefon obok czystych ubrań, spoglądając w odbicie w lustrze. Blada dziewczyna owinięta ciasno ręcznikiem spogląda na mnie błyszczącymi oczami.
- Kochanie... - powtarzam cicho lekko się uśmiechając.
***
- I jak? - pyta Max, kiedy wychodzę z Zakątka. Opiera się nonszalancko o swój drogi czarny samochód. O ile się nie mylę to Porsche. Jest piękne, błyszczące o opływowych kształtach i idealnie pasuje do bruneta.
- Już wszystko załatwiłam. Pani Oliv powiedziała nawet, że jeżeli będę cię często przyprowadzała to w przyszłym miesiącu dostanę premię. - śmieję się wspominając jej wyraz twarzy, gdy wręczała mi wypłatę i to mówiła.
- Dlaczego? - pyta zdziwiony i marszczy brwi.
- Spora ilość klientek pytała o ciebie. - odpowiadam i daję mu kuksańca między żebra, a on odpycha mnie z błyskiem w oku.
- Widzisz. Jestem uwielbiany przez kobiety. - mówi robiąc dziubek i udaje, że pozuje do zdjęcia.
Już mam mu odpowiedzieć, gdy nagle słyszę za sobą znajomy, ochrypły od papierosów i częstych libacji głos tuż za mną.
- Grzeczna córeczka. Przyniosłaś tatusiowi pieniążki.
Przerażona i zdziwiona zarazem odwracam się do tyłu, by go zobaczyć. Średniego wzrostu, siwiejącego mężczyznę, o wyblakłych niebieskich oczach. W starej zniszczonej koszuli i spodniach od dresu z wielką plamą na lewej nogawce wygląda równie źle jak ostatnim razem gdy go widziałam kilka dni temu, gdy spał na moim łóżku, kiedy ja pakowałam swoje rzeczy i wyniosłam się do Cary. Osoby której nie znałam, a która okazała mi więcej ciepła niż mężczyzna stojący przede mną.
- No szybciej. Dawaj mi te pieniądze, bo nie mam czasu. Johny zaraz ma do mnie wpaść, a nie ma nic do żarcia i picia. - mówi wyciągając do mnie rękę. Jego głos i wyraz twarzy mówią mi, że jest zniecierpliwiony.
A ja potrafię tylko tak stać i ściskać mocniej rękę na kopercie z ciężko zarobioną wypłatą.
- No rusz tą swoją tłustą dupę! Słyszałaś co do ciebie powiedziałem?! - warczy na mnie, a w jego bladych oczach widzę ten szał, który towarzyszył mi od dziecka.
Wiem, że tuż za mną stoi Max. Czuję ciepło bijące z jego ciała. Nagle przed oczami mam twarz Cary. Jej uśmiech. Myślę o jej sile i dobrze jakim mnie obdarzyła. I chyba to sprawia, że znajduję w sobie odwagę.
- Nie.
Na jego twarzy maluje się zaskoczenie. Widzę je jednak tylko przez sekundę, bo już po chwili zmienia się we wściekłość.
- Coś ty powiedziała głupia dziewucho?!
- Powiedziałam, nie. I nie krzycz. Jeżeli nie widzisz jesteśmy w miejscu publicznym. - odpowiadam, a mój głos jest nad wyraz spokojny.
- W dupie, a nie miejscu publicznym! Dawaj mi tą forsę do cholery! - warczy i robi krok w moją stronę.
- Nie dostaniesz ode mnie ani złamanego grosza. Chcesz tylko pieniędzy i niczego więcej. Brakło ci na alkohol to sobie o mnie przypomniałeś co? Nagle masz córkę? A o tym, że od pewnego czasu nie mieszkam w domu? Tego nawet nie zauważyłeś pewnie. Tylko brak wódki jakoś na ciebie wpłynął to od razu o mnie pomyślałeś. - mówię, tak szybko, że słowa rozmywają się w potok słów. W potok mojego bólu.
Atak nadchodzi niemal od razu.
- Suka! Tyle lat cię wychowywałem, a ty tak mi się odpłacasz?! Głupia, bezużyteczna dziewucha! Myślisz, że co? Lepsza ode mnie jesteś?! Żonę mi zabrałaś suko! Przez ciebie jestem sam! To wszystko twoja wina ty śmieciu! A teraz co?! Nawet mi pieniędzy nie chcesz dać! Jesteś nikim! - wrzeszczy, a ja czuję każde słowo jak policzek.
Zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie z Zakątka przyglądają się całej tej scenie zza szyb wystawienniczych. Max stoi za mną i słyszy każde słowo. A kierowcy, wolniej przejeżdają koło nas by zobaczyć co się dzieje.
Ale to nie to boli najbardziej.
Najgorsze jest to, że wspomniał o mamie.
Powoli podnoszę wzrok i patrzę mu prosto w oczy. Jest w szale. Drżącymi dłońmi sięgam do koperty i wyciągam pięćdziesiąt dolarów. Na sztywnych nogach podchodzę do niego, wciskam mu je w rękę, by już po chwili znów stać kawałek od niego.
- Masz. Weź. Więcej nie dostaniesz. Nie wrócę do mieszkania. Mam nowy dom. Taki do którego nie boję się wrócić. - mówię, ale to zdaje się do niego nie docierać. Zadowolony zwija banknoty i chowa do kieszeni. Gdy na mnie spogląda znów widać dzikość w jego spojrzeniu.
- Dla mnie nie istniejesz. Ja nie mam córki. - mówi i odchodzi.
Tak po prostu.
- Żegnaj tato... - szepczę cicho i zamykam oczy.
Ból. Jedyne co czuję to ból. Jak niewiele dla niego znaczyłam...
Czyjeś ramiona przygarniają mnie w mocnym uścisku. Czuję silną woń wody kolońskiej i ciepło.
- Jestem obok Rose. Chodź... Zabiorę cię do domu... Tylko nie płacz... - cichy, miękki baryton Maxa sprawia, że czuję się jeszcze bardziej krucha.
Nie wiedziałam, że płaczę. Ale w sumie to wyjaśnia czemu, mam mokre policzki i niewyraźnie widzę. Pozwalam żeby zaprowadził mnie do auta i zapiął za mnie pas. Jedyne co potrafię zrobić to patrzeć na swoje dłonie i białą kopertę.
Wiele razy wyzywał mnie i obrażał... Poniżał tak wiele razy... Nie dbał o mnie, a jednak... Zawsze w jakimś stopniu był. Przynajmniej miałam wrażenie, że mam jakąś rodzinę... Czemu tak jest, Boże? Czemu pozwalasz, by ludzie cierpieli i swój ból przelewali na innych? Czemu o nasz nie dbasz...?
Zaciskam dłonie mocniej, aż paznokcie wbijają mi się w skórę tworząc białe plamy.
Pamiętam jak byłam mała. Miałam może cztery latka. Siedziałam na brudnej pościeli, a on spał. Był środek dnia. Spał tak długo... Byłam głodna, więc chciałam go obudzić... Leciutko potrząsałam jego dłonią i wołałam "Tatusiu...? Tatusiu...?". Kiedy wreszcie się dobudził nawet mnie nie zauważył. Wstając zwalił mnie z łóżka i nadepnął mi na dłoń. Bolało. Zaczęłam płakać. To był mój błąd. Nawrzeszczał na mnie, że jestem głupia i mam nie wchodzić do jego pokoju.
Miałam cztery lata...
Bałam się...
Po prostu się bałam...
To przy nim nauczyłam się, byś taką posłuszną. Zawsze spełniałam każdy jego rozkaz... Inni rodzice mogliby tylko pomarzyć o tak spokojnym i usłusznym dziecku...
Ale ja zawsze byłam zła...
Najgorsza...
Przeze mnie mama nie żyła...
Zawsze tak mówił, gdy chciał mnie na prawdę zranić. Nigdy nie mówił, że była moją mamą. Zawsze była "jego żoną". A ja zawsze ją zabijałam...
- Rose...? Chodź... Już jesteśmy... Zaprowadzę cię do pokoju dobrze...? - dopiero cichy głos bruneta sprowadził mnie na ziemię.
Lekko się rozejrzałam i zobaczyłam, że faktycznie byliśmy już pod domem Cary. Wokół było już strasznie ciemno, ale nie było późno. Na horyzoncie widać było ogromne, czarne chmury burzowe. Jak w transie znów pozwoliłam mu zająć się pasami. Wsparta na jego ręce wysiadłam z auta i zaczekałam za nim aż zaparkował samochód w garażu.
Już po chwili był przy mnie obejmując mnie mocno ramieniem. Coś do mnie mówił, ale nie wiem co. Myślami byłam już daleko. W zagraconym i zniszczonym mieszkaniu, gdzie zapewne mój ojciec opijał teraz z kolegami pozbycie się balastu.
"Ja nie mam córki."
Te słowa odbijają się w moim umyśle głośnym echem.
Chodzimy do środka, a ja nawet nie zdejmuję butów. Idę prosto do mojego pokoju i rzucam się na łóżko.
Już nie wytrzymuję i potok łez wypływa z moich oczu, ale tym razem go rejestruję. Wiem, że płaczę. Nie kontroluję tego. Czuję, jak powoli tracę możliwość oddychania przez nos z powodu łez. Słyszę, jak ktoś wchodzi do pokoju.
Ktoś delikatnie ściąga mi buty. Odwracam się lekko i widzę Maxa. Spogląda na mnie tak jakby mnie rozumiał. Nie szydzi. Nie śmieje się. Rozumie. Widzę to w jego oczach.
- Napalę w kominku. Będzie burza, a teraz potrzebujesz ciepła. Zasłonić okno? - mówi cicho, a jego głos jest przyjemnie ciepły.
Lekko kiwam głową w odpowiedzi, a on posyła mi smutny uśmiech. Podchodzi do okna i zasłania ciężką zasłonę, a w pokoju od razu robi się ciemno. Kulę się w sobie. Słyszę jego kroki, a po chwili lampka po mojej prawej stronie rozbłyskuje światłem.
Kulę się na łóżku tyłem do okna, obserwując jak klęka przed kominkiem. Układa drewno, polewa je jakimś płynem z małej buteleczki stojącej koło węglarki. Wyciąga z kieszeni zapałki i zapala jedną. Przygląda się jej przez chwilę i już ma oparzyć jego palce, gdy wrzuca ją do kominka, w którym już płonie ogień.
Obraca się, a nasz wzrok się krzyżuje.
- Drżysz. - zauważa wstając.
Do tej pory nie zdawałam sobie z tego sprawy. Nic mnie nie obchodzi. Nie wiem co się ze mną dzieje. W ogóle mało mnie to obchodzi. W głowie mam tylko to jedno zdanie. "Ja nie mam córki.".
- Rose... Ehh... Posuń się. - mówi.
Zadziwiona patrzę jak ściąga skarpetki i koszulkę, a ja speszona odwracam wzrok. Już po chwili leży obok mnie i nakrywa nas kołdrą. Bez słowa wtula mnie w swoje ciało i grzeje moje plecy. Jest tak blisko za mną, że czuję jego ciepło. Gorący oddech na karku niesamowicie mnie uspokaja.
Chcę się obrócić i mu podziękować. Boję się, że zaprotestuje więc przewracam się na drugi bok jak najszybciej, a nasz wargi ocierają się o siebie. Wciągam głośno powietrze i chcę się jak najszybciej odsunąć, ale uniemożliwia mi to. Łapie mnie za kark, wpijając mocno w moje usta.
Przerażona nie wiem co zrobić.
Kiedy nagle zdaję sobie sprawę z tego, że wcale nie jestem mu dłużna.
Wymieniamy pocałunki tak szybko jak karabin maszynowy ciskający pociskami na bitwie.
Wydając cichy jęk przyciąga mnie jeszcze bliżej błądząc dłonią po mojej twarzy.
Co ja robię...?
Nagle, nie czuję nic. Otwieram oczy, które zupełnie nieświadomie zamknęłam. Max wciąż leży obok mnie, ale kawałek dalej. Patrzy szeroko otwartymi oczami w sufi z rękami pod głową, czym tak bardzo przypomina mi Carę...
Cara...
O Boże?!
Co ja zrobiłam?!
- Nie powiem jej... Spokojnie... To będzie nasza tajemnica... - odpowiada zupełnie jakby znał moje myśli.
- Nie powinniśmy tego robić... - mówię cicho.
Obraca twarz w moją stronę. Jest przystojny. Cholernie przystojny. Czemu dopiero teraz zauważam jak bardzo...?
- Co się stało to się nie odstanie. Śpij Rose. Będę czuwał. - mówi z dziwnym błyskiem w czach, a światło z kominka odbija się w nich, jakby płonęły.
I po chwili faktycznie odpływam.
***
Kobieta siedzi naprzeciw niej. Jej cel znajduje się tylko kawałek od niej, a jednak nic nie może zrobić. Dopiero jutro wieczorem ma ją usunąć. Tak zażyczył sobie ten nowy klient. Miał głupi pomysł. Dwudniowa obserwacja i dopiero potem przejście do konkretów... Głupia umowa, ale cóż... Pieniądze zawsze się przydają.
Blondynka podnosi nagle wzrok i uśmiecha się wprost do niej. Unosi swoją szklankę do góry z różanym od szminki uśmiechem, a jej biust niemal wylewa się z obcisłej sukienki. Udając zadowolenie również unosi swoją szklankę.
W pamięci odnotowuje, że już nigdy nie wejdzie za celem do klubu dla lesbijek.
__________________________________________________________________________
I oto nowy rozdział. Długi. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Mam nadzieję, że się Wam spodoba :)
I gorąco witam nową "otwartą" czytelniczkę :)
To na prawdę miłe, że ktoś to czyta :)
Trzymajcie się mocno :)