Przewracam stronę zeszytu i ponownie czytam o Wichrowych Wzgórzach. Nie robię nic innego od tygodnia. Siedzę w boksie Zakątka od tygodnia, rozmyślając. Lili i pani Oliv bardzo się tym martwią. Prawda jest jednak taka, że w domu nie chcę przebywać.
Ojciec znowu sprowadził kumpli. Teraz pewnie nawet nie wie, gdzie jestem, ani, że w ogóle istnieję. Nie przejmuję się tym jednak. Zdążyłam się przyzwyczaić do takiego traktowania.
Dwa dni temu skończył się rok szkolny. Wakacje w miasteczku mogły się wydawać fajne, ale nie dla kogoś takiego jak ja. Nie miałam przyjaciół, z którymi można by się zabawić, porozmawiać czy spotkać. Nie miałam pieniędzy żeby gdziekolwiek pojechać. Musiałam pracować, by przeżyć.
Byłam wyrzutkiem.
Podnoszę wzrok na ścianę naprzeciw mnie i wpatruję się w karmelową farbę.
Zakątek jest dla mnie jak dom. Znam każdą rysę na stoliku i przetarcie na kremowych obiciach krzeseł i kanap.
Zamykam oczy.
Najwięcej czasu jednak spędzam tu rozmyślając o czarnookiej kobiecie, która uratowała mnie przed Trevorem, a potem pocałowała.
Byłam jej wdzięczna. Chciałabym podziękować, ale z drugiej strony... Boję się. Nie wiem nawet kim jest.
Nie wiem czy chce ją zobaczyć.
Przez ostatni tydzień wiele myślałam. Zawsze była pewna, że podobają mi się wyłącznie chłopcy. Gdy byłam w podstawówce miałam chłopaka o imieniu Ian. Miał wielkie brązowe oczy i burzę kręconych orzechowych włosów. Bardzo mi się podobał. Potem... Potem wszystko się zmieniło. Wszyscy zaczęli się dzielić na bogaczy, potrzebnych i wyrzutków.
A będąc w tej ostatniej grupie bardzo trudno było być z kimkolwiek. Można było tylko pomarzyć.
I zawsze marzyłam o chłopcach.
Ale...
Tydzień temu poczułam coś co sprawiło, że teraz rozmyślałam.
W Zakątku jak to latem panuje duży ruch i zaduch mimo otwartych na oścież drzwi, uchylonych okien, i włączonej klimatyzacji. Duży ruch oznacza więcej napiwków, ale też hałas. Ten jednak niezbyt mi przeszkadza.
Uśmiecham się do Lili śmigającej tu i ówdzie z tacą pełną napojów i ciasta. Dzisiaj mam wolne, a to oznacza, że ma ręce pełne roboty, jednak wiem, że jest z tego zadowolona. W takich chwilach tryska energią jak słońce.
Przyglądam się jej ładnie ułożonym rudym włosom, delikatnemu makijażowi i czystym, nowym ubraniom.
Odruchowo zaciskam lekko dłoń, chcąc ukryć obgryzione paznokcie. Mimo, że jesteśmy przyjaciółkami zawsze nieco zazdroszczę je tego, że pochodzi z normalnej rodziny i na nic jej nigdy nie żałowano.
Czując jak moje oczy robią się nieco szkliste przesuwam się głębiej w boksie, opierając o ścianę i ścieram łzy wierzchem dłoni.
***
Przewracam twarz na bok i otwieram lekko oczy. Całe ciało mnie boli, zupełnie jakbym przebiegła właśnie jakiś maraton. Ziewam cicho i dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że właśnie się obudziłam. Ostatnie co pamiętam to Lili mijająca mnie z tacą pełną kremówek...
Opieram głowę na rękach na blacie stołu w Zakątku. Jest mi przyjemnie ciepło i o dziwo, całkiem cicho. Słychać tylko ciche postukiwanie w klawisze klawiatury. Delikatne jakby ktoś, chciał zachowywać się zupełnie bezszelestnie.
Uśmiecham się lekko do blatu i mój wzrok ląduje na starym zegarku z Myszką Miki.
- Jest już po 19! - wykrzykuję podnosząc się gwałtownie do góry i syczę uderzając głową o ścianę. Łapię się za bolące miejsce i zamieram.
Moje marzenie i koszmar zarazem śnią mi się na jawie. Wytrzeszczam szerzej oczy nie dowierzając.
- Mogłabyś przestać się tak gapić? To nieładnie tak na kogoś patrzeć. - cichy, opanowany głos ma w sobie nutkę cynizmu.
To nie dzieje się na prawdę... To niemożliwe... To się nie dzieje! Wciskam się w ścianę próbując odsunąć jak najdalej. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że jest tu za cicho. O wiele za cicho. Jakby na zawołanie podnosi wzrok znad komputera i odpowiada na niezadane pytanie.
- Nie ma tu nikogo więcej oprócz nas. Lili gdy wychodziła poprosiła żebyś się zajęła obsługą. Akurat się przeciągałaś w śnie i twoją wyciągniętą dłoń zrozumiała jako znak zgody.
Serce podskakuje mi do gardła. To znowu się dzieje. Czuje na sobie obcy wzrok błądzący po mojej twarzy, szyi i ramionach. Dreszcz przechodzi moje ciało mimo woli.
W głowie mam mętlik. Chcę uciec i zostać. Chcę powiedzieć, że mam tego dość. Chcę powiedzieć, że potrzebuję więcej.
- Drzwi zamknięte są na klucz który mam w kieszeni kurtki. Nie uciekniesz.
Cholera...
- Mogę wiedzieć chociaż kim jesteś? - pytam starając się opanować głos.
- Jestem Cara. Cara Nickolson. - mówi wpatrując się we mnie czarnymi oczami.
Cara... Kobieta która przewróciła wszystko w mojej głowie do góry nogami, ma na imię Cara... Przyglądam się jej prostym czarnym włosom i wyrazistemu makijażowi. Sama nie wiem czemu nagle cała panika tkwiąca we mnie gdzieś wyparowała. Pozostawiając tylko ciekawość i coś czego nie rozumiałam.
- Po co tu przyszłaś? Dlaczego uratowałaś mnie przed Trevorem? Co mu powiedziałaś? - wyrzucam z siebie jednym tchem.
Przygląda mi się z lekkim uśmiechem na czarnych wargach i opiera twarz na splecionych dłoniach, wcześniej zamykając laptopa. Na nadgarstkach znów ma wiele bransolet. Tym razem ubrana w przezroczystą czarną bluzkę w białe paseczki. Czuję rumieńce na twarzy, gdy zauważam zarys koronkowego stanika i alabastrowej skóry pod bluzką.
- Widzę, że masz wiele pytań. Mamy trochę czasu. Odpowiem na wszystkie tylko powoli i po kolei. Poza tym... Uroczo wyglądasz, gdy się rumienisz. - zniża głos zaledwie do szeptu, a jej czarne oczy rozbłyskują lekko.
- Proszę tak do mnie nie mówić. To niestosowne. - odpowiadam grzecznie ale stanowczo. Jej zachowanie wcale, a wcale mi się nie podobało.
- Nie mówić jak? - śmieje się, a ja czuję jak coś ciepłego ociera się o moją nagą łydkę.
Starając się to zignorować przyciągam nogi bliżej siebie i lekko odwracam wzrok patrząc na zdjęcie Seattle na ścianie.
- Jakby to panią interesowało. Nie podoba mi się to, że próbuje pani w jakikolwiek sposób cokolwiek mi sugerować. - tłumaczę hardo, chociaż wiem, że sama się już gubię w wyjaśnieniach.
Sięga przez stolik i lekko łapie moją dłoń. Ten niespodziewany gest sprawia iż patrzę jej prosto w oczy, a moje serce zaczyna bić szybciej.
Cholera.
Co się ze mną dzieje?
- Proszę mnie puścić... - mówię cicho próbując wyrwać się z uścisku, ten jednak wcale nie jest taki lekki, jakby się wydawało.
- Nie. Nie puszczę cię Rosalie. I nie przestanę tak mówić. Bo interesuje mnie to. Interesujesz mnie Ty. - szepcze gorączkowo, a ja nie wiem co mam zrobić.
Znowu chcę uciec. Wiem jednak, że to nie takie łatwe. Ona ma klucz, a w walce z nią na pewno przegram. Jestem jak w potrzasku. Cokolwiek zrobię skończy się to dla mnie źle. Dla mnie lub mojej psychiki.
Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z pewnej rzeczy.
- Skąd znasz moje imię? - pytam ostro, pierwszy raz od dawna wpadając w gniew. Jednak to strach przemawiał przeze mnie. Bałam się jej. I tego, że chciałam ją poznać.
Puszcza moją rękę i opiera się wygodnie na sofie. Przyglądam się jej chcąc uzyskać odpowiedzi. Zupełnie nie rozumiem mojego postępowania. Powinnam uciekać. Jednak ja siedzę tu i żądam odpowiedzi. Dobre sobie!
- Odpowiadaj. Skąd znasz moje imię?
- Pani Oliv trzyma wasze podania w zielonym segregatorze w swoim biurze. To wcale nie było trudne.
- Włamała się tam pani?! - wyrywa mi się.
- Nie. Nie włamałam się. Uzyskałam informacje od właścicielki. I proszę. Wolę gdy mówisz mi na "Ty". "Pani" strasznie mnie postarza. - mówi krzywiąc się, a ja zauważam ślad uśmiechu w czarnych jak noc oczach.
- W takim razie ile masz lat?
- 25.
Przyglądam się jej lekko oszołomiona. Jest o osiem lat starsza ode mnie! Zdziwiona próbuję doszukać się w niej dowodów wieku. Tych jednak nie ma. Ok. Myślałam, że ma te 20 lat, ale 25? Zupełnie nie wyglądała na te dodatkowe pięć lat.
- Robi się późno.
Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, z tego jak ciemno zrobiło się w Zakątku. Wychylam się znad kanapy i patrzę na okna frontowe, za którymi wszystko zdaje się być czarne. Straciłam zupełnie poczucie czasu. Sięgam po chabrowy sweterek leżący obok mnie i narzucam go na ramiona.
- Będę już szła... - mówię cicho wstając.
Przez chwilę przygląda mi się bezgłośnie.
- Odwiozę cię. - mówi wstając.
.
31 stycznia 2015
25 stycznia 2015
Rozdział 1
Wchodzę do Zakątka i od razu się uśmiecham. Jest sobotni wieczór, a tu jak nigdy mały ruch. Nie często mam takie szczęście na mojej zmianie. Przyglądam się temu miejscu i czuję nadzieje na to, ze ten dzień jednak nie będzie aż tak beznadziejny.
Przechodzę między ciemnymi okrągłymi stolikami, na których leżą białe wazoniki ze świeżymi różami. Pachnie tu kawą i kwiatami. Spoglądam w stronę boksów i widzę tylko dwie niewielkie grupki nastolatków.
W boksie na samym końcu widzę laptopa, więc pewnie też ktoś tam jest.
Podchodzę do lady i widzę jak Lili macha mi wesoło na powitanie. Jest uroczym rudzielcem z milionem piegów na twarzy i wielkimi zielonymi oczami. Pracuje to tak jak jak. Ma na sobie biały fartuszek i czarny kapelusik z białą kokardką wpięty we włosy na czubku głowy. Standardowy strój personelu Zakątka.
- No nareszcie! Już nie mogłam się doczekać! - śmieje się do mnie i ściąga ozdobę z włosów.
- Coś ty taka wesoła co? - pytam siadając na stołku barowym i kładąc mój zniszczony plecak na drewnianą podłogę.
- John zaprosił mnie dzisiaj na randkę! - mówi, a ja widzę szczęście z niej emanujące.
Od roku się w nim kocha, a on jak na razie zdawał się tego nie zauważać.
- Dobra dobra. To wspaniale. Dawaj fartuch i zmykaj. - mówię posyłając jej szczery uśmiech i podnosząc plecak. Wskakuję przez drzwiczki za bar i wchodzę na zaplecze.
Lili dziękuje mi mocno mnie przytulając i już po chwili jej nie ma. Podchodzę do mojej szafki i wyciągam z niej strój. Zawiązuję fartuch wokół bioder i spoglądam w lusterko. Sięgam do starego piórnika z myszą Miki, którego używam jako kosmetyczki po czarną kredkę do oczu. Maluję delikatnie linie na górnych powiekach i zaczerniam nieco brwi. W pracy pozwalam sobie na tą odrobinę "normalności", w szkole staram się nie malować. Przyglądam się swojej twarzy.
Jest szczupła i bardzo jasna, jak u mojej mamy. Ponoć gdy była w moim wieku wyglądała zupełnie jak ja.
Mam jej bladoniebieskie oczy wraz z ich ciemną oprawą. Jedyne co nas rożni to to, że ona nie żyje. Umarła przy porodzie.
Zaciskam niewielkie wargi i odtrącam te myśli. To w końcu świetny dzień!
Wpinam kapelusik we włosy barwy czekolady i uśmiecham lekko.
Cieszę się, że ubrałam dziś krótkie, czarne spodenki i zwiewną bluzkę. Jest gorąco. Okropnie gorąco.
Zrzucam zniszczone baleriny i wkładam równie stare czarne trampki.
Wkładam resztę rzeczy do szafki i pośpiesznie opuszczam niewielkie zaplecze.
Gdy tylko opieram się lekko o blat podchodzi do mnie wysoka dziewczyna? Kobieta? Trudno określić wiek, bo ubrana jest cała na czarno. Skórzana ołówkowa spódnica wygląda na drogą, podobnie jak jej koronkowa bluzka zapinana na perłowe guziki. Na rękach założonych na piersiach widać wiele rzemieni, bransoletek i staromodny zegarek. Jednak to jej twarz sprawia, że nie do końca pasuje do tego miejsca.
Czarne duże usta i bardzo mocno pomalowane oczy o barwie nocy spoglądają na mnie groźnie. Długie czarne włosy, proste jak struna z przedziałkiem na środku odejmują jej lat. Jednak jestem pewna, że ma około 20 lat.
- Nareszcie! Od dziesięciu minut czekam na moją kawę! - warczy dziewczyna.
Spoglądam na nią zdziwiona i od razu czuję skruchę.
- Przepraszam panią. Dopiero przyszłam na moją zmianę. Poprzedniczka nie powiadomiła mnie o pani zamówieniu. Proszę wybaczyć. Już zajmuję się pani zamówieniem. - mówię spoglądając nieco w dół. Nie chce wpakować się w kłopoty z klientami. Szczególnie, że potrzebuję tej pracy.
- Przynieś mi mocną czarną kawę bez cukru. W kubku, nie w filiżance zrozumiano? - mówi, ale w jej głosie nie słychać już takiego gniewu.
- Oczywiście. Za sekundę ją pani przyniosę. - odpowiadam podnoszą na nią wzrok i lekko się uśmiechając.
Jej jednak już nie ma. Wzdycham ciężko. Włączam ekspres do kawy i sięgam do lady po kubek. Wybieram największy jaki jest. Czarny w białe kropeczki. Podstawiam go pod maszynę.
Ta klientka była na prawdę zła... Przeprosiny przeprosinami, ale może powinnam coś jeszcze zrobić? Spoglądam do chłodziarki sprawdzając stan ciast. Sięgam do kieszeni i wyciągam ostatnie pieniądze jakie mi zostały. Trzy dolary...
Po krótkim namyśle wyciągam najtańszy kawałek i płacę za niego z własnej kieszeni. Ustawiam go na tacy wraz z łyżeczką i kubkiem gorącego napoju. Przechodzę na drugą stronę blatu i zanoszę tacę w drugą część sali.
Kobieta siedzi w ostatnim boksie tak jak przypuszczałam i przegląda coś w laptopie. Ruszam w jej stronę i słyszę dzwonek w drzwiach. Kolejni klienci. Zatrzymuję się przy stoliku i stawiam na nim talerzyk wraz z łyżeczką. Sięgam po kubek mówiąc:
- Pani kawa. Mocna, ciemna bez cukru tak jak pani prosiła.
- Postaw ją. - mówi nawet nie zwracając uwagi na ciasto.
Nagle słyszę męski krzyk i śmiech.
Tylko nie oni! Nie dziś!
- Patrzcie! To ta świruska! Za ile mi obciągniesz złotko?!
Wrzący napój wylewa się nieco z kubka, gdy moja ręka o mało go nie puszcza. Klientka wydaje z siebie zduszony jęk i patrzy na mnie. Co dziwne nie wydaje się zła. Raczej widzę w jej ciemnych oczach zrozumienie.
Słychać gwizdy i wyzwiska kierowane w moją stronę. Wiem nawet dokładnie kto to jest. Moniqe, Lara i Olivie wraz z ich nieodłącznymi futbolistami. Trevorem i Zackiem.
- Nie przejmuj się rozlaną kawą. Każdemu się zdarza. Szczególnie w obliczu takiego traktowania. - mówi i zabiera mi naczynie z rąk.
Czuję łzy pieczące moje oczy. Powstrzymuję je jednak.
- Najmocniej panią przepraszam ja... Za sekundę to wytrę, dobrze? - mówię starając się zachować opanowany głos.
- Jasne. Spokojnie. - mówi i wraca do komputera.
Biorę głęboki oddech. Kieruję się w stronę baru starając się ignorować nowych klientów chociaż wiem, że długo nie zdołam ich unikać, jeżeli chcę zachować posadę.
Sięgam za ladę po ręczniki papierowe i zostaję brutalnie dociśnięta do baru. Czuję czyjeś łapska na moich piersiach i mocny nacisk na pośladkach. Próbuje się odwrócić ale nie jest to łatwe. Mój napastnik jej silny. Słyszę głośne śmiechy cheerleaderek i dopingi Zacka.
- Co jest suko? Przecież to lubisz co? - słyszę w uchu śmiech Trevora.
Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że nastolatków już tu nie ma. Jestem tu sama z tą znienawidzoną prze mnie grupą osób.
Próbuje się jakoś wydostać z jego uścisku, ale jestem za słaba. Nie powstrzymuje już łez. Nie zamierzam krzyczeć, bo wiem, że tego chcą. Pośmiewiska ze słabej osoby. Gdybym się broniła mieli by więcej zabawy.
Pozwalam by ściskał moje piersi i udawał, że bierze mnie od tyłu.
Zamykam oczy nie mogą znieść upokorzenia.
Cały czas dopingują go jego znajomi.
Ból w moim sercu jest nie do zniesienia.
- Zostaw ją. - cichy, opanowany głos pełen groźby wybija się spośród zadowolonych dopingów Monicq i Lary.
Ciarki przechodzą moje ciało. Otwieram lekko powieki i widzę tą samą kobietę, która posłała mi dziś wściekłe spojrzenie.
Z rękami założonymi jak wtedy na piersiach, stoi kilka kroków od nas. Jej twarz nie wyraża emocji. Jednak coś w niej mówi mi, że należy się jej bać. I to czuję. Strach.
Trevor jednak nie zdaje się tak myśleć. Zostawia mnie i podchodzi wolno do niej.
- Czy ty coś przed chwilą powiedziałaś dziewczynko? - jego głos jest pełen niedowierzania.
- Powiedziałam, żebyś ją zostawił. Tak fajnie jest być odważnym facetem kiedy wykorzystuje się kogoś słabszego? Może byś tak atakował równych sobie co? - mówi, a mnie zapiera dech w piersi. Ona próbowała ją ratować!
Śmiechy dziewczyn i Zacka wypełniają kawiarnie. Mimo odwagi nieznajomej nie miała ona szans w porównaniu z barczystym zawodnikiem. A on na pewno nie będzie zwracał na to uwagi. Obraziła go. Oni tego nie lubią.
- Patrzcie! Mała pchła mi podskakuje! Co mam z nią zrobić co? - pyta podchodząc do niej o krok.
I wtedy dzieje się coś czego nie rozumiem. Słyszę męski krzyk bólu i w następnej sekundzie widzę jak mój były napastnik leży twarzą do ziemi z wykręconymi do tyłu rekami. A na nim siedzi ta przedziwna kobieta ubrana na czarno. Przyciska się do jego twarzy i zdaje się, że coś do niego mówi, ale nie mogę usłyszeć co.
Jego oczy robią się wielkie jak spodki od herbaty.
Czarnowłosa wstaje z niego i otrzepuje się z niewidzialnego kurzu. Patrzy na towarzyszy poległego, a jej ostry głos przecina powietrze jak brzytwa.
- Wynoście się stąd. I żebym was tu więcej śmiecie nie widziała, bo skończy się to inaczej niż na obitej twarzy i piachu w skórze.
I nagle wszyscy zrywają się z miejsc, pośpiesznie zbierając Trevora z ziemi i wybiegają na zewnątrz. W półmrok.
Czy to stało się naprawdę?
Patrzę przerażona na moją wybawczynię. I wtedy nasz wzrok się krzyżuje. Czarne oczy są pełne gniewu, agresji i czegoś co sprawiło, że przeszedł mnie dreszcz. Chęć mordu. Lód. Strach ogarnia mnie mocniej niż wcześniej.
Jednak gdy się odzywa to wszystko zdaje się być zastąpione zwykłą obojętnością.
- Wszystko dobrze? Nie zrobił ci krzywdy? Możesz się ruszyć? - pyta podchodząc do mnie.
Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że w czasie całej tej akcji nie poruszyłam się ani razu. Kiwam lekko głową na znak, że jest ok chociaż wiele mnie to kosztuje. Jej oczy tak blisko mnie paraliżują moje ciało.
Podchodzi jeszcze o krok i podnosi moją twarz do góry. Spogląda mi głęboko w oczy i lekko się uśmiecha.
Nagle nie potrafię się ruszyć.
- Dziękuję za pomoc... Gdyby nie pani... - gdy z moich ust pada ostatnie słowo lekko się krzywi.
- Następnym razem uderz go łokciem w bok z całej siły. - szepcze cicho.
Co się ze mną dzieje? O co tu chodzi?
Czuję żar pochodzący z jej ciała. Miejsce, w którym trzyma mój podbródek zdaje się lekko palić. Oddech zatrzymuje się w moich płucach. Przygryza lekko czarną wargę i przygląda mi się. Mam wrażenie, że minęła wieczność.
- Ja... Powinnam już pójść... - szepczę odwracając lekko wzrok w bok.
I nagle jej usta nakrywają moje.
Są pełne żaru i czegoś czego nie potrafię nazwać.
Wyszarpuję się z jej ramion i uderzam ją mocno w twarz, po czym wbiegam przerażona do zaplecza zamykając za sobą pośpiesznie drzwi.
Co to było?!
Próbuję uspokoić oddech, ale jest to trudne. Udaje mi się to po kilku minutach. Z myślami jest gorzej. Wszystko mi się pląta. Czuję żar jej pocałunku na ustach. Pośpiesznie ścieram je ręką wraz z pozostałościami jej ciemnej szminki.
Boże! Co to było?!
Nie wiem ile czasu spędziłam w zamknięciu. Może pół godziny. Powinnam już zamknąć lokal.
Wstaję z podłogi z bijącym szybko sercem i wychodzę z pomieszczenia. Na drzwiach tabliczka odwrócona jest na "Zamknięte". Ze strachem podążam do ostatniego boksu. Jest pusty. Na stoliku leży koperta, pusty kubek i czysty talerzyk.
Drżącymi dłońmi sięgam po kopertę i wyciągam z niej kawałek papieru i banknot stu dolarowy. Rozginam kartkę i spoglądam na piękne, czarne pismo.
Szybko zamykam lokal i wychodzę w noc, pędząc do domu z bijącym głośno sercem.
Przechodzę między ciemnymi okrągłymi stolikami, na których leżą białe wazoniki ze świeżymi różami. Pachnie tu kawą i kwiatami. Spoglądam w stronę boksów i widzę tylko dwie niewielkie grupki nastolatków.
W boksie na samym końcu widzę laptopa, więc pewnie też ktoś tam jest.
Podchodzę do lady i widzę jak Lili macha mi wesoło na powitanie. Jest uroczym rudzielcem z milionem piegów na twarzy i wielkimi zielonymi oczami. Pracuje to tak jak jak. Ma na sobie biały fartuszek i czarny kapelusik z białą kokardką wpięty we włosy na czubku głowy. Standardowy strój personelu Zakątka.
- No nareszcie! Już nie mogłam się doczekać! - śmieje się do mnie i ściąga ozdobę z włosów.
- Coś ty taka wesoła co? - pytam siadając na stołku barowym i kładąc mój zniszczony plecak na drewnianą podłogę.
- John zaprosił mnie dzisiaj na randkę! - mówi, a ja widzę szczęście z niej emanujące.
Od roku się w nim kocha, a on jak na razie zdawał się tego nie zauważać.
- Dobra dobra. To wspaniale. Dawaj fartuch i zmykaj. - mówię posyłając jej szczery uśmiech i podnosząc plecak. Wskakuję przez drzwiczki za bar i wchodzę na zaplecze.
Lili dziękuje mi mocno mnie przytulając i już po chwili jej nie ma. Podchodzę do mojej szafki i wyciągam z niej strój. Zawiązuję fartuch wokół bioder i spoglądam w lusterko. Sięgam do starego piórnika z myszą Miki, którego używam jako kosmetyczki po czarną kredkę do oczu. Maluję delikatnie linie na górnych powiekach i zaczerniam nieco brwi. W pracy pozwalam sobie na tą odrobinę "normalności", w szkole staram się nie malować. Przyglądam się swojej twarzy.
Jest szczupła i bardzo jasna, jak u mojej mamy. Ponoć gdy była w moim wieku wyglądała zupełnie jak ja.
Mam jej bladoniebieskie oczy wraz z ich ciemną oprawą. Jedyne co nas rożni to to, że ona nie żyje. Umarła przy porodzie.
Zaciskam niewielkie wargi i odtrącam te myśli. To w końcu świetny dzień!
Wpinam kapelusik we włosy barwy czekolady i uśmiecham lekko.
Cieszę się, że ubrałam dziś krótkie, czarne spodenki i zwiewną bluzkę. Jest gorąco. Okropnie gorąco.
Zrzucam zniszczone baleriny i wkładam równie stare czarne trampki.
Wkładam resztę rzeczy do szafki i pośpiesznie opuszczam niewielkie zaplecze.
Gdy tylko opieram się lekko o blat podchodzi do mnie wysoka dziewczyna? Kobieta? Trudno określić wiek, bo ubrana jest cała na czarno. Skórzana ołówkowa spódnica wygląda na drogą, podobnie jak jej koronkowa bluzka zapinana na perłowe guziki. Na rękach założonych na piersiach widać wiele rzemieni, bransoletek i staromodny zegarek. Jednak to jej twarz sprawia, że nie do końca pasuje do tego miejsca.
Czarne duże usta i bardzo mocno pomalowane oczy o barwie nocy spoglądają na mnie groźnie. Długie czarne włosy, proste jak struna z przedziałkiem na środku odejmują jej lat. Jednak jestem pewna, że ma około 20 lat.
- Nareszcie! Od dziesięciu minut czekam na moją kawę! - warczy dziewczyna.
Spoglądam na nią zdziwiona i od razu czuję skruchę.
- Przepraszam panią. Dopiero przyszłam na moją zmianę. Poprzedniczka nie powiadomiła mnie o pani zamówieniu. Proszę wybaczyć. Już zajmuję się pani zamówieniem. - mówię spoglądając nieco w dół. Nie chce wpakować się w kłopoty z klientami. Szczególnie, że potrzebuję tej pracy.
- Przynieś mi mocną czarną kawę bez cukru. W kubku, nie w filiżance zrozumiano? - mówi, ale w jej głosie nie słychać już takiego gniewu.
- Oczywiście. Za sekundę ją pani przyniosę. - odpowiadam podnoszą na nią wzrok i lekko się uśmiechając.
Jej jednak już nie ma. Wzdycham ciężko. Włączam ekspres do kawy i sięgam do lady po kubek. Wybieram największy jaki jest. Czarny w białe kropeczki. Podstawiam go pod maszynę.
Ta klientka była na prawdę zła... Przeprosiny przeprosinami, ale może powinnam coś jeszcze zrobić? Spoglądam do chłodziarki sprawdzając stan ciast. Sięgam do kieszeni i wyciągam ostatnie pieniądze jakie mi zostały. Trzy dolary...
Po krótkim namyśle wyciągam najtańszy kawałek i płacę za niego z własnej kieszeni. Ustawiam go na tacy wraz z łyżeczką i kubkiem gorącego napoju. Przechodzę na drugą stronę blatu i zanoszę tacę w drugą część sali.
Kobieta siedzi w ostatnim boksie tak jak przypuszczałam i przegląda coś w laptopie. Ruszam w jej stronę i słyszę dzwonek w drzwiach. Kolejni klienci. Zatrzymuję się przy stoliku i stawiam na nim talerzyk wraz z łyżeczką. Sięgam po kubek mówiąc:
- Pani kawa. Mocna, ciemna bez cukru tak jak pani prosiła.
- Postaw ją. - mówi nawet nie zwracając uwagi na ciasto.
Nagle słyszę męski krzyk i śmiech.
Tylko nie oni! Nie dziś!
- Patrzcie! To ta świruska! Za ile mi obciągniesz złotko?!
Wrzący napój wylewa się nieco z kubka, gdy moja ręka o mało go nie puszcza. Klientka wydaje z siebie zduszony jęk i patrzy na mnie. Co dziwne nie wydaje się zła. Raczej widzę w jej ciemnych oczach zrozumienie.
Słychać gwizdy i wyzwiska kierowane w moją stronę. Wiem nawet dokładnie kto to jest. Moniqe, Lara i Olivie wraz z ich nieodłącznymi futbolistami. Trevorem i Zackiem.
- Nie przejmuj się rozlaną kawą. Każdemu się zdarza. Szczególnie w obliczu takiego traktowania. - mówi i zabiera mi naczynie z rąk.
Czuję łzy pieczące moje oczy. Powstrzymuję je jednak.
- Najmocniej panią przepraszam ja... Za sekundę to wytrę, dobrze? - mówię starając się zachować opanowany głos.
- Jasne. Spokojnie. - mówi i wraca do komputera.
Biorę głęboki oddech. Kieruję się w stronę baru starając się ignorować nowych klientów chociaż wiem, że długo nie zdołam ich unikać, jeżeli chcę zachować posadę.
Sięgam za ladę po ręczniki papierowe i zostaję brutalnie dociśnięta do baru. Czuję czyjeś łapska na moich piersiach i mocny nacisk na pośladkach. Próbuje się odwrócić ale nie jest to łatwe. Mój napastnik jej silny. Słyszę głośne śmiechy cheerleaderek i dopingi Zacka.
- Co jest suko? Przecież to lubisz co? - słyszę w uchu śmiech Trevora.
Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że nastolatków już tu nie ma. Jestem tu sama z tą znienawidzoną prze mnie grupą osób.
Próbuje się jakoś wydostać z jego uścisku, ale jestem za słaba. Nie powstrzymuje już łez. Nie zamierzam krzyczeć, bo wiem, że tego chcą. Pośmiewiska ze słabej osoby. Gdybym się broniła mieli by więcej zabawy.
Pozwalam by ściskał moje piersi i udawał, że bierze mnie od tyłu.
Zamykam oczy nie mogą znieść upokorzenia.
Cały czas dopingują go jego znajomi.
Ból w moim sercu jest nie do zniesienia.
- Zostaw ją. - cichy, opanowany głos pełen groźby wybija się spośród zadowolonych dopingów Monicq i Lary.
Ciarki przechodzą moje ciało. Otwieram lekko powieki i widzę tą samą kobietę, która posłała mi dziś wściekłe spojrzenie.
Z rękami założonymi jak wtedy na piersiach, stoi kilka kroków od nas. Jej twarz nie wyraża emocji. Jednak coś w niej mówi mi, że należy się jej bać. I to czuję. Strach.
Trevor jednak nie zdaje się tak myśleć. Zostawia mnie i podchodzi wolno do niej.
- Czy ty coś przed chwilą powiedziałaś dziewczynko? - jego głos jest pełen niedowierzania.
- Powiedziałam, żebyś ją zostawił. Tak fajnie jest być odważnym facetem kiedy wykorzystuje się kogoś słabszego? Może byś tak atakował równych sobie co? - mówi, a mnie zapiera dech w piersi. Ona próbowała ją ratować!
Śmiechy dziewczyn i Zacka wypełniają kawiarnie. Mimo odwagi nieznajomej nie miała ona szans w porównaniu z barczystym zawodnikiem. A on na pewno nie będzie zwracał na to uwagi. Obraziła go. Oni tego nie lubią.
- Patrzcie! Mała pchła mi podskakuje! Co mam z nią zrobić co? - pyta podchodząc do niej o krok.
I wtedy dzieje się coś czego nie rozumiem. Słyszę męski krzyk bólu i w następnej sekundzie widzę jak mój były napastnik leży twarzą do ziemi z wykręconymi do tyłu rekami. A na nim siedzi ta przedziwna kobieta ubrana na czarno. Przyciska się do jego twarzy i zdaje się, że coś do niego mówi, ale nie mogę usłyszeć co.
Jego oczy robią się wielkie jak spodki od herbaty.
Czarnowłosa wstaje z niego i otrzepuje się z niewidzialnego kurzu. Patrzy na towarzyszy poległego, a jej ostry głos przecina powietrze jak brzytwa.
- Wynoście się stąd. I żebym was tu więcej śmiecie nie widziała, bo skończy się to inaczej niż na obitej twarzy i piachu w skórze.
I nagle wszyscy zrywają się z miejsc, pośpiesznie zbierając Trevora z ziemi i wybiegają na zewnątrz. W półmrok.
Czy to stało się naprawdę?
Patrzę przerażona na moją wybawczynię. I wtedy nasz wzrok się krzyżuje. Czarne oczy są pełne gniewu, agresji i czegoś co sprawiło, że przeszedł mnie dreszcz. Chęć mordu. Lód. Strach ogarnia mnie mocniej niż wcześniej.
Jednak gdy się odzywa to wszystko zdaje się być zastąpione zwykłą obojętnością.
- Wszystko dobrze? Nie zrobił ci krzywdy? Możesz się ruszyć? - pyta podchodząc do mnie.
Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że w czasie całej tej akcji nie poruszyłam się ani razu. Kiwam lekko głową na znak, że jest ok chociaż wiele mnie to kosztuje. Jej oczy tak blisko mnie paraliżują moje ciało.
Podchodzi jeszcze o krok i podnosi moją twarz do góry. Spogląda mi głęboko w oczy i lekko się uśmiecha.
Nagle nie potrafię się ruszyć.
- Dziękuję za pomoc... Gdyby nie pani... - gdy z moich ust pada ostatnie słowo lekko się krzywi.
- Następnym razem uderz go łokciem w bok z całej siły. - szepcze cicho.
Co się ze mną dzieje? O co tu chodzi?
Czuję żar pochodzący z jej ciała. Miejsce, w którym trzyma mój podbródek zdaje się lekko palić. Oddech zatrzymuje się w moich płucach. Przygryza lekko czarną wargę i przygląda mi się. Mam wrażenie, że minęła wieczność.
- Ja... Powinnam już pójść... - szepczę odwracając lekko wzrok w bok.
I nagle jej usta nakrywają moje.
Są pełne żaru i czegoś czego nie potrafię nazwać.
Wyszarpuję się z jej ramion i uderzam ją mocno w twarz, po czym wbiegam przerażona do zaplecza zamykając za sobą pośpiesznie drzwi.
Co to było?!
Próbuję uspokoić oddech, ale jest to trudne. Udaje mi się to po kilku minutach. Z myślami jest gorzej. Wszystko mi się pląta. Czuję żar jej pocałunku na ustach. Pośpiesznie ścieram je ręką wraz z pozostałościami jej ciemnej szminki.
Boże! Co to było?!
Nie wiem ile czasu spędziłam w zamknięciu. Może pół godziny. Powinnam już zamknąć lokal.
Wstaję z podłogi z bijącym szybko sercem i wychodzę z pomieszczenia. Na drzwiach tabliczka odwrócona jest na "Zamknięte". Ze strachem podążam do ostatniego boksu. Jest pusty. Na stoliku leży koperta, pusty kubek i czysty talerzyk.
Drżącymi dłońmi sięgam po kopertę i wyciągam z niej kawałek papieru i banknot stu dolarowy. Rozginam kartkę i spoglądam na piękne, czarne pismo.
Dziękuję, za ciasto. Było pyszne. Nie przejmuj się tamtymi oprychami. Powinni ci dać spokój. Resztę zachowaj jako napiwek.Zgniatam kartkę i chowam ja do kieszeni spodni.
Szybko zamykam lokal i wychodzę w noc, pędząc do domu z bijącym głośno sercem.
24 stycznia 2015
Prolog
Spojrzałam na zegarek na przegubie. Dochodziła 23. Według moich informacji za chwilę cel opuści budynek. Znajdowałam się w zaułku między 24, a 25 ulicą. Kilka metrów obok było wyjście na główną ulicę. Dwa metry dalej drzwi wyjściowe z klubu nocnego. Muzyka dudniła tutaj nawet przez grube mury. Słyszałam dubstep. Nawet niezły.
Uśmiechnęłam się i zauważywszy przejeżdżający samochód podeszłam bliżej ściany. Nikt nie mógł mnie teraz zauważyć.
Zamknęłam oczy i sięgnęłam za pasek spodni. Zza pasa wyciągnęłam krótki nóż i złapałam krótki oddech.
Szczęk zamka w drzwiach przywołał mnie do porządku.
Słyszałam już kroki zmierzające w moją stronę, gdy chowałam się za śmietnikiem wykorzystując cień przezeń rzucany.
Mój cel zbliżał się w tą stronę.
Zmieniłam chwyt na ostrzu i gdy był już tuż tuż wyszłam z kryjówki.
Wysoki, barczysty mężczyzna w wieku trzydziestu paru lat spojrzał na mnie zdziwiony. Miał na sobie skórzaną kurtkę i ciężkie buciory. Nie wyglądał jakby miał łatwo się poddać.
- Kim jesteś śliczna co? Zgubiłaś się? Może jakoś ci pomogę? - zaśmiał się łypiąc na mnie pożądliwie.
Posłałam mu olśniewający uśmiech i podeszłam o krok. Dopiero teraz zauważył nóż w mojej dłoni.
- Co jest do cholery?
Nie czekałam dłużej.
Rzuciłam się na niego próbując zadać cios w żebra tak by dosięgnąć serca i szybko to zakończyć. Przeciwnik okazał się jednak nie tak głupi i zablokował mnie. Wykręcił moje ręce do tyłu. Ostrze upadło z cichym brzękiem na ziemię.
- Gadaj kto cię nasłał suko! - warknął mi do ucha.
Jego pytanie nie robił na mnie jednak wrażenia. Czekałam tylko na odpowiednią chwilę. Padłam na ziemię wyrywając się ze słabego uścisku. Nie chcąc tracić czasu na podnoszenie ostrza sięgnęłam do nadgarstka łapiąc za wypustkę na srebrnej bransolecie i szybkim ruchem wyciągając metalową linkę.
Poczułam jak cel zniża się żeby mnie uderzyć. Szybkim ruchem obróciłam się na plecy i podniosłam robiąc przewrót w tył. On patrzył na mnie wściekle i zrobił krok w moją stronę. Zamknęłam oczy i zrobiłam tuż obok niego gwiazdę zakładając mu jednocześnie na szyi linkę.
Gdy stanęłam ponownie na ziemi pociągnęłam do przodu czując przeszkodę. Mężczyzna zacharczał i wiercił się próbując wyciągnąć ze swego gardła zakrwawione narzędzie. Puściłam jedną ręką linkę, a ta zwinęła się z powrotem w bransolecie. Odgłosy wydobywające się z jego gardła po chwili ucichły, a on sam padł jak długi.
Spojrzałam na niego.
Leżał martwy na brudnej ziemi. Krew spływała z rany na szyi i z jego ust. Zadławił się nią.
Podniosłam z ziemi mój nóż i schowałam go za pas.
Poczułam wibracje telefonu w kieszeni spodni. Nawet nie spojrzałam na wyświetlacz. Dobrze wiedziałam kto dzwonił.
- Co z facetem? - zimny męski głos mojego ostatniego pracodawcy niemal to wykrzyknął.
- Zgodnie z umową wącha kwiatki od spodu. - odpowiadam wychodząc na ulicę i rozpuszczając włosy. Mija mnie limuzyna, jednak zatrzymuje się tuż obok mnie, a drzwi otwierając się.
- Wsiadaj.
Uśmiecham się lekko i wsiadam do czarnej limuzyny. Mój pracodawca popija spokojnie martini. Jesteśmy tu sami. Oprócz szofera i ochroniarza siedzącego z przodu.
- Nie było problemów? - pyta przyglądając się mi uważnie.
Nie zawracam sobie nawet głowy patrzeniem na niego. Nie warto. Widzę go ostatni raz.
- Uparty był, ale sobie poradziłam. Jak zawsze.
- Oczywiście. W końcu jesteś najlepsza w swoim fachu nieprawdaż Lady? - śmieje się odstawiając kieliszek i sięgając po cygaro.
- Wywiązałam się z umowy. Teraz twoja kolej. - mówię znudzona i posyłam mu ostre spojrzenie.
Teraz śmieje się już cały, aż się trzęsie. Sięga pod siedzenie i wyciąga kopertę. Podaje mi ją.
- Właśnie za to cię cenią kochanie.
- Brakuje trzydziestu tysięcy. - mówię biorąc kopertę do ręki.
Patrzy na mnie zdziwiony. Sięgam do kieszeni i wyjmuję pistolet. Odbezpieczam go i celuje w jego twarz.
- Skąd to wiesz co? Nawet nie przeliczyłaś.
- Znam sie nie tylko na zabijaniu dziadku. Dlatego mnie cenią. - mówię z błyskiem w oku.
Patrzę jak sięga powoli do kieszeni białej marynarki i wyjmuje brakującą sumę. Zabieram mu pieniądze, chowając broń.
- Ktoś taki jak ty nie powinien we mnie celować.
- Ktoś taki jak ty nie powinien zadzierać z kimś takim jak ja. - odpowiadam i wysiadam gdy limuzyna się zatrzymuje.
- Pamiętaj Lady. Nie każdy puści ci to płazem. - woła za mną odjeżdżając.
Chowam pieniądze do kieszeni i ruszam biegiem do mojego samochodu.
Uśmiechnęłam się i zauważywszy przejeżdżający samochód podeszłam bliżej ściany. Nikt nie mógł mnie teraz zauważyć.
Zamknęłam oczy i sięgnęłam za pasek spodni. Zza pasa wyciągnęłam krótki nóż i złapałam krótki oddech.
Szczęk zamka w drzwiach przywołał mnie do porządku.
Słyszałam już kroki zmierzające w moją stronę, gdy chowałam się za śmietnikiem wykorzystując cień przezeń rzucany.
Mój cel zbliżał się w tą stronę.
Zmieniłam chwyt na ostrzu i gdy był już tuż tuż wyszłam z kryjówki.
Wysoki, barczysty mężczyzna w wieku trzydziestu paru lat spojrzał na mnie zdziwiony. Miał na sobie skórzaną kurtkę i ciężkie buciory. Nie wyglądał jakby miał łatwo się poddać.
- Kim jesteś śliczna co? Zgubiłaś się? Może jakoś ci pomogę? - zaśmiał się łypiąc na mnie pożądliwie.
Posłałam mu olśniewający uśmiech i podeszłam o krok. Dopiero teraz zauważył nóż w mojej dłoni.
- Co jest do cholery?
Nie czekałam dłużej.
Rzuciłam się na niego próbując zadać cios w żebra tak by dosięgnąć serca i szybko to zakończyć. Przeciwnik okazał się jednak nie tak głupi i zablokował mnie. Wykręcił moje ręce do tyłu. Ostrze upadło z cichym brzękiem na ziemię.
- Gadaj kto cię nasłał suko! - warknął mi do ucha.
Jego pytanie nie robił na mnie jednak wrażenia. Czekałam tylko na odpowiednią chwilę. Padłam na ziemię wyrywając się ze słabego uścisku. Nie chcąc tracić czasu na podnoszenie ostrza sięgnęłam do nadgarstka łapiąc za wypustkę na srebrnej bransolecie i szybkim ruchem wyciągając metalową linkę.
Poczułam jak cel zniża się żeby mnie uderzyć. Szybkim ruchem obróciłam się na plecy i podniosłam robiąc przewrót w tył. On patrzył na mnie wściekle i zrobił krok w moją stronę. Zamknęłam oczy i zrobiłam tuż obok niego gwiazdę zakładając mu jednocześnie na szyi linkę.
Gdy stanęłam ponownie na ziemi pociągnęłam do przodu czując przeszkodę. Mężczyzna zacharczał i wiercił się próbując wyciągnąć ze swego gardła zakrwawione narzędzie. Puściłam jedną ręką linkę, a ta zwinęła się z powrotem w bransolecie. Odgłosy wydobywające się z jego gardła po chwili ucichły, a on sam padł jak długi.
Spojrzałam na niego.
Leżał martwy na brudnej ziemi. Krew spływała z rany na szyi i z jego ust. Zadławił się nią.
Podniosłam z ziemi mój nóż i schowałam go za pas.
Poczułam wibracje telefonu w kieszeni spodni. Nawet nie spojrzałam na wyświetlacz. Dobrze wiedziałam kto dzwonił.
- Co z facetem? - zimny męski głos mojego ostatniego pracodawcy niemal to wykrzyknął.
- Zgodnie z umową wącha kwiatki od spodu. - odpowiadam wychodząc na ulicę i rozpuszczając włosy. Mija mnie limuzyna, jednak zatrzymuje się tuż obok mnie, a drzwi otwierając się.
- Wsiadaj.
Uśmiecham się lekko i wsiadam do czarnej limuzyny. Mój pracodawca popija spokojnie martini. Jesteśmy tu sami. Oprócz szofera i ochroniarza siedzącego z przodu.
- Nie było problemów? - pyta przyglądając się mi uważnie.
Nie zawracam sobie nawet głowy patrzeniem na niego. Nie warto. Widzę go ostatni raz.
- Uparty był, ale sobie poradziłam. Jak zawsze.
- Oczywiście. W końcu jesteś najlepsza w swoim fachu nieprawdaż Lady? - śmieje się odstawiając kieliszek i sięgając po cygaro.
- Wywiązałam się z umowy. Teraz twoja kolej. - mówię znudzona i posyłam mu ostre spojrzenie.
Teraz śmieje się już cały, aż się trzęsie. Sięga pod siedzenie i wyciąga kopertę. Podaje mi ją.
- Właśnie za to cię cenią kochanie.
- Brakuje trzydziestu tysięcy. - mówię biorąc kopertę do ręki.
Patrzy na mnie zdziwiony. Sięgam do kieszeni i wyjmuję pistolet. Odbezpieczam go i celuje w jego twarz.
- Skąd to wiesz co? Nawet nie przeliczyłaś.
- Znam sie nie tylko na zabijaniu dziadku. Dlatego mnie cenią. - mówię z błyskiem w oku.
Patrzę jak sięga powoli do kieszeni białej marynarki i wyjmuje brakującą sumę. Zabieram mu pieniądze, chowając broń.
- Ktoś taki jak ty nie powinien we mnie celować.
- Ktoś taki jak ty nie powinien zadzierać z kimś takim jak ja. - odpowiadam i wysiadam gdy limuzyna się zatrzymuje.
- Pamiętaj Lady. Nie każdy puści ci to płazem. - woła za mną odjeżdżając.
Chowam pieniądze do kieszeni i ruszam biegiem do mojego samochodu.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)